WTOREK
6.00
Jestem w pracy. Aż dziw bierze, ze za kilka godzin zamiast siedzieć przed komputerem - będę szorować ściany w naszym nowym domu. W NASZYM NOWYM DOMU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
12.00
Wyjeżdżamy sprzed radia. Picie jest. Jedzenie - mało. Dziewczyny - na razie w dobrym humorze. Jedzie z nami Dziadek.
15.00
Obiad na stacji BP w Łomży. Tuśka lata po restauracji, Nika za nią w podskokach. Dobrze, że nas tu znają i lubią dzieci.
Po wyjściu można zgadywać co zjedliśmy - pod krzesełkiem Tuśki pełno frytek i ryby.
17.00
Dojeżdżamy na miejsce. Na razie dopiero do gospodarzy, u których będziemy spać - do Jeziorowskich. Domek ok - ważne, że jest łazienka i kawałek kuchni do przygotowania śniadania. Tuśka patrzy zdziwiona - gdzie ja jestem? Aha, są schody - dawaj na górę.
19.00
Jedziemy do Tomka - naszego miłego sąsiada z Sołtman. Najazd Hunów to przy wizycie naszej rodzinki nic. Zjedliśmy jajecznicę (na szczęście jajka przywieźliśmy), wypiliśmy herbatę (to już wzięliśmy od niego), dziewczyny rozwaliły kupę piachu, która była na środku podwórza, przepłoszyliśmy kota, wymęczyliśmy psa. Zapraszał nas ponownie, więc chyba nas lubi!
22.00
Faceci kupili piwo, ale żadnego wieczorku zapoznawczego nie było,. Wszyscy padli do łóżek.
ŚRODA
6.00
Tuśka robi pobudkę. Tyle do przeżycia, że szkoda spać.
9.00
Po śniadaniu jedziemy do Żywego.
Serce mi wali, sentymentalna dusza, nie ma co.
Dom stoi, uffffffffffffffffffff
Tylko boczne drzwi wyważone, trzeba będzie jakoś to zabezpieczyć.
Każdy rusza do pracy - ja do sprzątania i ogrodowania, Panowie - do prądu i wody.
"Ogony" za mną - Nika i Tusia nie dają za wygraną, też będą "pomagać".
Nika zamiata schody przy wejściu głównym, ja usiłuję wyrwać pokrzywy, które zarosły bramę.
Nie wiedziałam, że w jednym miejscu można zgromadzić tyle butelek, kapsli i papierków po lodach. Klub kulturalny tu mieliśmy przez te wszystkie lata?
Posadzone malwy, peonie. Aksamitki czekają, nie mam jak wbić łopaty -ziemia twarda jak skała. Ciężko będzie to założyć ogród.
10.00
Nika odłączyła się od ekipy ogrodniczej, poszła buszować z Facetami po piwnicy. Tuśka ma dość - lecę odgrzać zupę. Ryba z warzywami - mniam mniam.
Obiadek je w ekskluzywnych warunkach - na stole ping pongowym. Lokalne młode talenty grają w sali świetlicowej w ping ponga, mają klucze od tego najbardziej zadbanego pomieszczenia w naszym domu.
Dezynfekuję stół, zamiatam podłogę, na parapecie ustawiam epigaza, grzeję zupę.
Wcina wszystko.
Wywalam z sali gazetki - po których można domniemywać, ze mieścił się tu lokalny porno klub. Gołe panie pokazujące swe wdzięki, kalendarze play boya. Brak opakowań po prezerwatywach świadczy o tym, że pewnie antykoncepcją nikt się tu nie przejmuje.
11.00
Sadzę aksamitki. Wynorowałam dołek pod ścianą południową domu. Te moje małe kilkucentymetrowe sadzonki na tle wielkiego stuletniego domu wyglądają rozbrajająco - Maciek patrzy na nie z czułością.
Wodę noszę z jeziora w wiadrze i konewce. Za każdym razem Tuśka woła:BIBA!!! (to znaczy: woda) Z uśmiechem na pysku leci do wody, ale wredna mama nie pozwala się taplać w jeziorze. To poczeka do lata.
12.00
Nika poszła z Dziadkiem na ryby.
Złowili 21 okoni. Wszystkie były za małe, by je zjeść, więc dali rybkom buzi w pyszczek i wrzucili z powrotem do wody. Ku rozpaczy Tuśki. Taka okazja- żywa ryba!
Nie rozumiem, czemu ryby trzeba łapać i wypuszczać, ale pewnie myśliwych też nigdy nie zrozumiem.
Po połowach Dziadek wyrokuje: RYBY SĄ! Tu - okonie, niżej - szczupaki.
To chyba dobrze dla naszych przyszłych wędkarzy?
12.30
Tuśka odmawia współpracy. Przewracające się i drące dziecko postanawiam uśpić. Nie ma jednak gdzie. W "świetlicy" siedzi Dziadek z Niką, która robi sobie kanapki. Tuśka wrzeszczy na jej widok: MNIAM MNIAM.
Samochodu nie ma, bo Maciek pojechał do Kruklanek po "Pana od wycinki drzew". Zostają mi pobliskie krzaczory na skarpie przed domem. Siadam, zaczynam karmić Tuśkę. Gdy biedne dziecię mi już odlatuje, zjawia się "Pan od wycinki drzew", wraz z pomocnikiem. "AAAAAAAAA, ten jesion wycinamy" - mówi z uśmiechem, nakrywając mnie na karmieniu i znacząc sprayem drzewo. Ciekawe, co sobie pomyślał? Może: "te warszawiaki to takie ekologiczne, że nawet karmią dzieci w krzakach".
13.00
Tuśka odpada, moszcze ją w wózku i zabieram Nikę na spacer. Dziadek nie chce iść, choć wczoraj chciał zwiedzić wieś. Zmienność dziadków!
Nika wysiada po 10 minutach - zmęczona i bolą ja nogi". Odpuszczam, odprowadzam ją do domu, niech dalej penetruje strychy.
Biorę Tuśkę w wózku, aparat i idę obfocić okolicę. Padał deszcz, wszędzie czuć zapach wiosennej trawy.
U sąsiadki jeszcze choinka nierozebrana. Więc to pewnie domek miastowych, którzy tu rzadko przyjeżdżają. Po drodze mija mnie szkolny gimbus, który prowadzi nasz sąsiad. Bardzo miły pan. Ma błysk w oku.
Mijam domek kolejnych sąsiadów.
Szaleństwo barw: różowa chałupa, świeżo bielona. W ogródku jabłonka kwitnie na różowo, a w dole świeża, zielona trawka aż kłóci się z żółtymi kolorami mleczu.
Biały ganeczek - za szybką sztuczne kwiaty i......................o dziwo - wielki słój pysznej wiejskiej śmietany.
Informacja, skąd będziemy brać śmietankę - bezcenna. Oblizuję się i idę dalej.
Dookoła skarpy, wzniesienia, zakręty drogi. W końcu to Mazury Garbate!
Na wierzbie jemioła.
Na łące mlecze.
Jest pomost. Ostrożnie go atakuję. WIEJE!!!! Dobre warunki na żagle.
15.00
Wracam do rozkoszując się tymi widokami. Chłonę zapach trawy, jeziora, ziemi. Muszę je wszystkie zapamiętać do następnej wyprawy do naszego nowego domu.
20.00
Wracamy do Pruszkowa. Dziewczyny śpią. Nareszcie.
Samochód kołysze się łagodnie po drodze, za oknem pada deszcz, mi się marzą pierogi z jagodami. Koniecznie polane pyszną wiejską śmietaną!
czwartek, 7 maja 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz