Powitał nas śniegiem i pozytwnymi myślami.
Coprawda spędziliśmy go w dziwaczny sposób (ja poszłam spać o 22, bo wstawałam do pracy na 5, a Misiek z Niką buszowali po sąsiadach), ale cieszę się, że mamy już 2010.
Postanowienia noworoczne - nie lubię ich, ale dziś zrobię wyjątek:
Po pierwsze - schudnąć - to jak co roku, nic nowego:) Zjadę do 64 kg - to pewne.
Po drugie - załatwić wszystkie nasze zdrowotne sprawy. Zamknąć wszystkie leczenia, zanim wyprowadzimy się na Mazury.
Po trzecie - spędzić następnego Sylwestra w ŻYWYM!!! W tym zdaniu mieści się wszystko: remont, przeprowadzka, szkoła Niki.
Obyśmy się za rok spotkali w naszym nowym salonie, palili ognisko nad naszym jeziorem, chodzili rano w kapciach po naszym korytarz, składali życzenia naszym nowym sąsiadom.
I tak będzie!!!
czwartek, 31 grudnia 2009
sobota, 12 grudnia 2009
Fonetyka - pierwsze koty za płoty
Teraz ż wiem - rok 2009 będzie "Rokiem pierwszych razów". W tym roku, w kolejności chronologicznej - pierwszy raz kupilismy staraa mazirska szkołę, zwaną dalej Czarną Jachtą, pierwszy raz zdałam na studia podyplomowe, pierwszy raz Nika poszła do pierwszej kalsy i pierwszy raz nie zdałam kolokwium. Konkretnie - z fonetyki. Misiek się śmieje, że musi byc kiedyś ten pierwszy raz i ze on nie miał na studiach takiego roku, w którym by czegoś nie poprawiał. Więc niby ja - kujonek?
Stało się, klops, kicha, czapa. Nie zdałam fonetykui, Poprawka 19 grudnia. Wyklepię wszystko na blachę i zdam, muszę to powtarzać jak mantrę.
Aha, wczoraj wjechałam w kogoś samochodem. Banalnie, głupio i na szczęście - niezgroźnie. Zagapiłam się, puściłam hamulec i uszkodziłam Fiata Mareę Pana Konrada Jarka.
Niech się ten tydzien skończy.
Stało się, klops, kicha, czapa. Nie zdałam fonetykui, Poprawka 19 grudnia. Wyklepię wszystko na blachę i zdam, muszę to powtarzać jak mantrę.
Aha, wczoraj wjechałam w kogoś samochodem. Banalnie, głupio i na szczęście - niezgroźnie. Zagapiłam się, puściłam hamulec i uszkodziłam Fiata Mareę Pana Konrada Jarka.
Niech się ten tydzien skończy.
sobota, 28 listopada 2009
U nas lato
U progu jesieni - u nas lato. Po czarnych chmurach - wreszcie słońce. Dziewczyny w końcu zdrowe. Nika załapała się na sezonową grypę, siedziała w domu przez półtora tygodnia, wystawiając na próbę moją cierpliwość i umiejętności psyshologiczne. W miniony czwartek Nika poszła do szkoły, cała że wreszcie spotka się z dziatwą. kóra rozumie jej potrzeby.
Udało nam się też wreszcie ostatecznie wyjasnić z Olkiem jak ma wyglądać jego "Salon Vip- owski". Misiek z ciężkim sercem wyzbył się planów łązienki przy swojej sypialni, w zamian za kuchnie Olka. Olek i Greta będą szczęśliwymi posiadaczami pokoju z widowiem na jezioro, łazienki i kuchni, tudzież małego korytarzyka, drzwi, które będą łączyć ich apartamanry z naszymi.
Uffff, nie było łatwo mediować w rozmowach Ojciech - Syn, ale się udało. Greta odetchnęła, jak wszyscy zresztą.
Teraz tylko architekt, deska kreślarska i fiuuuuuuuuuuuuuuuuu - rysujemy nasze marzenia przelewając je na papier.
Nie mogę się doczekac wiosny i tego odgłosu rozwalanych ścian w naszym nowym domu na Mazurach.
Udało nam się też wreszcie ostatecznie wyjasnić z Olkiem jak ma wyglądać jego "Salon Vip- owski". Misiek z ciężkim sercem wyzbył się planów łązienki przy swojej sypialni, w zamian za kuchnie Olka. Olek i Greta będą szczęśliwymi posiadaczami pokoju z widowiem na jezioro, łazienki i kuchni, tudzież małego korytarzyka, drzwi, które będą łączyć ich apartamanry z naszymi.
Uffff, nie było łatwo mediować w rozmowach Ojciech - Syn, ale się udało. Greta odetchnęła, jak wszyscy zresztą.
Teraz tylko architekt, deska kreślarska i fiuuuuuuuuuuuuuuuuu - rysujemy nasze marzenia przelewając je na papier.
Nie mogę się doczekac wiosny i tego odgłosu rozwalanych ścian w naszym nowym domu na Mazurach.
niedziela, 15 listopada 2009
Lato minęło, jesień zaatakowała grypą
Nie lubię, jak mi komputer kasuje tekst. Wrrrrrrrrrrrrrrr. Dziewczyny chore - mają grypę.
Tuśka złożona gorączką, w nocy nie spała ani ona ani ja. Nika lepiej, zaczęła chorować w piątek - w dniu, kiedy miała mieć urodziny w sali zabaw. Gości trzeba było przeprosić, bo jubilatka leży i jęczy. My z Mackiem się jakoś trzymamy.
NaMazurach jesień. Ryby ciągle biorą, jak widać na zdjęciu.
Tuśka złożona gorączką, w nocy nie spała ani ona ani ja. Nika lepiej, zaczęła chorować w piątek - w dniu, kiedy miała mieć urodziny w sali zabaw. Gości trzeba było przeprosić, bo jubilatka leży i jęczy. My z Mackiem się jakoś trzymamy.
NaMazurach jesień. Ryby ciągle biorą, jak widać na zdjęciu.
lato, jesień, zima zaraz
A tu cicho na blogu. Obiecuję poprawę. Dla samej siebie, dla dziewczyn.
Lato za nami, jesień w pełni. Z nią uroki tej pory roku - dziewczyny chore, grypa wkoło szaleje. W piątek zachorowala Nika. Po południu zaczęła mocno gorączkować. Tego dnia miała mieć urodziny w sali zabaw dla dzieci z klasy. Oczywiście wszystkim trzeba było grzecznie podziękować, bo jubilatkażala i jęczała. Wczoraj - w Niki urodziny, przyszli Dziadkowie. Był skromny tort, ten który został z planowanych urodzin w "Igraszce".
Dziewczyny dostały lego creatora.
Po południu Tuska została ustrzelona przez wirusa - gorączka 39 st. C. W nocy - piec, pewnie ze 40 st. C. Żadna z nas nie spała, a ja rano do pracy. W ciągu dnia, jak donosi Tata - lepiej. Coś zjadły, oglądały TV, jak wróciłam z pracy - polepiły cisatoliny. Zajechałam do Tesco, zeby kupić trochę artykłów plastycznych, bo przed nami tydzień w domu.
A teraz co na Mazurach - Maciek był w naszym domku 3 razy od czasu zakończenia sezonu.
Domek czeka, wycinka prawie zakończona.
Jesień zawitała do Żywego:
Ale ryby biorą:
Lato za nami, jesień w pełni. Z nią uroki tej pory roku - dziewczyny chore, grypa wkoło szaleje. W piątek zachorowala Nika. Po południu zaczęła mocno gorączkować. Tego dnia miała mieć urodziny w sali zabaw dla dzieci z klasy. Oczywiście wszystkim trzeba było grzecznie podziękować, bo jubilatkażala i jęczała. Wczoraj - w Niki urodziny, przyszli Dziadkowie. Był skromny tort, ten który został z planowanych urodzin w "Igraszce".
Dziewczyny dostały lego creatora.
Po południu Tuska została ustrzelona przez wirusa - gorączka 39 st. C. W nocy - piec, pewnie ze 40 st. C. Żadna z nas nie spała, a ja rano do pracy. W ciągu dnia, jak donosi Tata - lepiej. Coś zjadły, oglądały TV, jak wróciłam z pracy - polepiły cisatoliny. Zajechałam do Tesco, zeby kupić trochę artykłów plastycznych, bo przed nami tydzień w domu.
A teraz co na Mazurach - Maciek był w naszym domku 3 razy od czasu zakończenia sezonu.
Domek czeka, wycinka prawie zakończona.
Jesień zawitała do Żywego:
Ale ryby biorą:
piątek, 31 lipca 2009
Połowa lata za nami
Ależ zleciało!!!
Postępy w pracach: wreszcie wstepnie udało się rozplanowa układ góry dla gości. Wyjdą 4 pokoje plus małe pomieszczenie - coś jakby świetlica.
Dla nas zostanie dół plus jeden pokoik sponsorski - dla dziadków.
Wszyscy jesteśmy już zaklimatyzowani w naszym nowym domku, w zasadzie ciężko będzie go opuścić na zimę. Kuchnia jak marzenie w Pruszkowie.
Dzieci nie występują w przyrodzie - całymi dniamy same wymyślają sobie zabawy, siedzą w wodzie, aktywują miejscowe dzieci do zabawy. Cud - miód.
Kończę, idziemy na zakupy.
Postępy w pracach: wreszcie wstepnie udało się rozplanowa układ góry dla gości. Wyjdą 4 pokoje plus małe pomieszczenie - coś jakby świetlica.
Dla nas zostanie dół plus jeden pokoik sponsorski - dla dziadków.
Wszyscy jesteśmy już zaklimatyzowani w naszym nowym domku, w zasadzie ciężko będzie go opuścić na zimę. Kuchnia jak marzenie w Pruszkowie.
Dzieci nie występują w przyrodzie - całymi dniamy same wymyślają sobie zabawy, siedzą w wodzie, aktywują miejscowe dzieci do zabawy. Cud - miód.
Kończę, idziemy na zakupy.
wtorek, 21 lipca 2009
Prosto z Ośrodka Kultury w Kruklankach
Tuśka śpi na półpięterku - uśpiona na piersi w przedszkolnej szatni, Nika, Kajtek i Gucio lepią z gliny, a ja, rozkoszując się dostępem do internetu i kawy, korzystając z chwilowego spokoju - piszę co nastepuje:
- dziś byliśmy w Gizycku na wycieczce mocno turystycznej. Zwiedziliśmy port, wiedzielismy most obrotowy na Kanale Łuczańskim, zaliczylismy lody.
Dzieci zachwycone tym co zobaczyły - jeden niewyględnie wyglądający pan jedną rurką obrócił cały most - woooooooooooooooooooooooow. Chłopaki chcieli sami wykonać ten manewr, ale się nie dało.
- niespodziewanie byliśmy na planie serialu "Przystań". Kręcili jakieś portowe odcinki, ścigali się motorówkami i skuterami. Przydała się Nika i jej śmiałość - przechodząc koło autobusu z napisem "chareakteryzacja i garderoba", zagadała do ekipy, negocjując zwiedzenie tego przybytku. I tu drugie WOOOOOOOOOOOOOOOOOOOW. Dzieci widziały charakteryzatornię, kostiumy i "prawdziwą czapkę policjanta". Poznały "aktorkę Anię" - tak się przedstawiła. Na koniec aktorzy przybili im piątkę. Gucio znieśmielił sie i nie zwiedził, ale i tak był pod wrażeniem wystawania pod autobusem.
To tyle, jeśli chodzi o wtorek.
W pozostałe dni dzieci nie wychodzą z wody - słoneczko się na nas nie obraziło. Jest ciepło!
I na koniec trochę spraw technicznych - mamy już prąd - luksus nad luksusy!
Na pięterku Mirek wyburzył sporo sufitu, okdkrywamy go przed remontem dachu. Spod sterty zgniłych desek wyłonił się piękny, po prostu urzękający rozkład stropów. Pokoje z antresolką, które tu powstaną - nie do przecenienia.
Mirek oczyścił częsciowo skarpę z samosiejek. Roboty jeszcze mnóstwo, ależ sa widoczne - dom stoi w pełnej krasie, piękny i dostojny.
Oczyściliśmy plażę - spod sterty pływających butelek po "łódce Bols", puszkach po piwie i niezydentyfikowanych urządzeniach elektrycznych - wyłoniła się piękna plaża.
Reszta później - lecę zobaczyć te miseczki i lampiony ulepione z gliny.
- dziś byliśmy w Gizycku na wycieczce mocno turystycznej. Zwiedziliśmy port, wiedzielismy most obrotowy na Kanale Łuczańskim, zaliczylismy lody.
Dzieci zachwycone tym co zobaczyły - jeden niewyględnie wyglądający pan jedną rurką obrócił cały most - woooooooooooooooooooooooow. Chłopaki chcieli sami wykonać ten manewr, ale się nie dało.
- niespodziewanie byliśmy na planie serialu "Przystań". Kręcili jakieś portowe odcinki, ścigali się motorówkami i skuterami. Przydała się Nika i jej śmiałość - przechodząc koło autobusu z napisem "chareakteryzacja i garderoba", zagadała do ekipy, negocjując zwiedzenie tego przybytku. I tu drugie WOOOOOOOOOOOOOOOOOOOW. Dzieci widziały charakteryzatornię, kostiumy i "prawdziwą czapkę policjanta". Poznały "aktorkę Anię" - tak się przedstawiła. Na koniec aktorzy przybili im piątkę. Gucio znieśmielił sie i nie zwiedził, ale i tak był pod wrażeniem wystawania pod autobusem.
To tyle, jeśli chodzi o wtorek.
W pozostałe dni dzieci nie wychodzą z wody - słoneczko się na nas nie obraziło. Jest ciepło!
I na koniec trochę spraw technicznych - mamy już prąd - luksus nad luksusy!
Na pięterku Mirek wyburzył sporo sufitu, okdkrywamy go przed remontem dachu. Spod sterty zgniłych desek wyłonił się piękny, po prostu urzękający rozkład stropów. Pokoje z antresolką, które tu powstaną - nie do przecenienia.
Mirek oczyścił częsciowo skarpę z samosiejek. Roboty jeszcze mnóstwo, ależ sa widoczne - dom stoi w pełnej krasie, piękny i dostojny.
Oczyściliśmy plażę - spod sterty pływających butelek po "łódce Bols", puszkach po piwie i niezydentyfikowanych urządzeniach elektrycznych - wyłoniła się piękna plaża.
Reszta później - lecę zobaczyć te miseczki i lampiony ulepione z gliny.
wtorek, 7 lipca 2009
4 - 5 lipca, wyjazd mocno pracujący.
Noc Kupały - miały być ukraińskie śpiewy, puszczanie wianków i mnóstwo regionalności. Był: wstęp płatny - 5 zł, świszczące kule, świecące miecze i kolorowe peruki. Może za rok będzie lepiej.
Na ten wyjazd załapało się dużo ludzi: oprócz nas i Mirka z chłopcami byli też: Jurek z Elą. Jurek jest specem od drewna i wykończenia. Fajnie będzie z nim współpracować przy remoncie.
Sama na własne oczy zobaczyłam, jak wygląda praca w naszym nowym domu - człowiek kręci się cały dzień, coś przenosi, coś myje, coś burzy, a efekty - mało widoczne. Chociaż nie - muszę być sprawiedliwa, na tym wyjeździe na moich oczach prace posuwały się naprzód:
1. Chłopcy podłączyli ciepłą wodę. W łazience wyszorowałam prysznic, a wieczorem wszyscy umyli się pod gorącą wodą. Luksus jakich mało!
2. Ciepła woda jeż też w "kuchni". Pisze: "kuchnia", bo zasadnoczo jest to pomieszczenie ze zlewem, w którym będzie się tyko zmywać. Główna kuchnia będzie po drugiej stronie korytarza.
3. W tej kuchni Maciek i Mirek podłączyli kuchenkę gazową, poustawiali szafki, wymyli je, oddeskowali okna i umyli je. Jest cud i miód. Nie mogę się doczekać widoku z okna - wprost na jezioro!
4. Powycinaliśmy trochę krzajów, Jurek spalił część, więc na dole jest wiecej miejsca.
5. Maciek rozłożył łózko Dominiki w naszym pokoju, wstawiliśmy tam też szafę i tapczan, na którym spałam ja z Tuśką.
6. W sali "zabawowej" stanął duży owalny stół, przy którym panowie wieczorami pili piwo.
Roboty dużo, nie do przerobienia. Dom wielki, trzeba się szukać komórkami, jeśli jedna osoba jest na dole, a gruga np. nad jeziorem.
Dzieci bawiły się w sklep. Na ganku od strony drogi wywiesiły cennik i nazwę: SKLEP. Poustawiały w pudełkach ziemniaki, jabłka, cebulę oraz arrtykuły przemysłowe (zmywaki, gąbki). Na zmianę każde z nich było klientem lub sprzedającym. Później poszły na obiad, sklep zostawiły, a na skutki naszej akcji nie trzeba było długo czekać.
Mieszkanka wsi (nieznana mi z imienia i anzwiska) podreptała przez sień i salę pingpongową do pomieszczenia, w kórym kiedyś mieściło się zaplecze sklepu i wreczając mi 10 zł zapytała: Pani, co tu można kupić?
Biznes sam wchodzi w recę! Dzieciakom szczęki opadły na ten widok - ktoś naprawdę przyszedł do ich sklepu!. Biznes nei doszedł do skutku, bo, jak przypuszcza Maciek - pani chodziło raczej o procenty niż o makaron.
Ale to nie koniec zysków - dziś w naszym nowym domu zjawili się złomiarze. Odebrali starocia za całe 20 zł. Pierwszy zysk!
Wróciałam zmęczona jak mało kiedy, przed oczami ciągle miałam ten kurz, bałagan i.................piękne "nasze" jeziorko w tle.
W nocy śnio mi się jak urządzam pokój, dziewczynki też się rzucały - widać śnio im się weekend na Mazurach: ognisko, woda, bociany.
Noc Kupały - miały być ukraińskie śpiewy, puszczanie wianków i mnóstwo regionalności. Był: wstęp płatny - 5 zł, świszczące kule, świecące miecze i kolorowe peruki. Może za rok będzie lepiej.
Na ten wyjazd załapało się dużo ludzi: oprócz nas i Mirka z chłopcami byli też: Jurek z Elą. Jurek jest specem od drewna i wykończenia. Fajnie będzie z nim współpracować przy remoncie.
Sama na własne oczy zobaczyłam, jak wygląda praca w naszym nowym domu - człowiek kręci się cały dzień, coś przenosi, coś myje, coś burzy, a efekty - mało widoczne. Chociaż nie - muszę być sprawiedliwa, na tym wyjeździe na moich oczach prace posuwały się naprzód:
1. Chłopcy podłączyli ciepłą wodę. W łazience wyszorowałam prysznic, a wieczorem wszyscy umyli się pod gorącą wodą. Luksus jakich mało!
2. Ciepła woda jeż też w "kuchni". Pisze: "kuchnia", bo zasadnoczo jest to pomieszczenie ze zlewem, w którym będzie się tyko zmywać. Główna kuchnia będzie po drugiej stronie korytarza.
3. W tej kuchni Maciek i Mirek podłączyli kuchenkę gazową, poustawiali szafki, wymyli je, oddeskowali okna i umyli je. Jest cud i miód. Nie mogę się doczekać widoku z okna - wprost na jezioro!
4. Powycinaliśmy trochę krzajów, Jurek spalił część, więc na dole jest wiecej miejsca.
5. Maciek rozłożył łózko Dominiki w naszym pokoju, wstawiliśmy tam też szafę i tapczan, na którym spałam ja z Tuśką.
6. W sali "zabawowej" stanął duży owalny stół, przy którym panowie wieczorami pili piwo.
Roboty dużo, nie do przerobienia. Dom wielki, trzeba się szukać komórkami, jeśli jedna osoba jest na dole, a gruga np. nad jeziorem.
Dzieci bawiły się w sklep. Na ganku od strony drogi wywiesiły cennik i nazwę: SKLEP. Poustawiały w pudełkach ziemniaki, jabłka, cebulę oraz arrtykuły przemysłowe (zmywaki, gąbki). Na zmianę każde z nich było klientem lub sprzedającym. Później poszły na obiad, sklep zostawiły, a na skutki naszej akcji nie trzeba było długo czekać.
Mieszkanka wsi (nieznana mi z imienia i anzwiska) podreptała przez sień i salę pingpongową do pomieszczenia, w kórym kiedyś mieściło się zaplecze sklepu i wreczając mi 10 zł zapytała: Pani, co tu można kupić?
Biznes sam wchodzi w recę! Dzieciakom szczęki opadły na ten widok - ktoś naprawdę przyszedł do ich sklepu!. Biznes nei doszedł do skutku, bo, jak przypuszcza Maciek - pani chodziło raczej o procenty niż o makaron.
Ale to nie koniec zysków - dziś w naszym nowym domu zjawili się złomiarze. Odebrali starocia za całe 20 zł. Pierwszy zysk!
Wróciałam zmęczona jak mało kiedy, przed oczami ciągle miałam ten kurz, bałagan i.................piękne "nasze" jeziorko w tle.
W nocy śnio mi się jak urządzam pokój, dziewczynki też się rzucały - widać śnio im się weekend na Mazurach: ognisko, woda, bociany.
sobota, 27 czerwca 2009
Wakacje coraz bliżej, roboty idą pełną parą
11-16 czerwca
Ekipa - w postaci Maćka i Mirka (naszego znajomego, który będzie nam pomagał w remoncie domu) - była na Mazurach 5 dni. Dojechała do nich Marta -żona Mirka z dzieciakami.
Oto co zrobili:
- podłączyli wodę, choć na razie zimną, bo terma cieknie i trzeba ją naprawić.
- zamontowali 1 kibelek (nie trzeba juź chodzić w krzaki).
- uruchomili prysznic. Wszystko na razie z zimną wodą.
- uruchomili 4 palnikową kuchnię na gaz - obiady są jak w Sheratonie - jajecznica podobno smakuje wybornie.
- podparli schody, wzmocnili ich konstrukcję, bo była niestbilna.
- założyli podłogę w holu na dole, czyli tam gdzie będziemy urzędować w lecie i założzli podłogę w dwóch pokojach.
- skosili trawę, wycięli część drzew.
- załatwili podłączenie prądu.
Wrócili zmachani, zmęczeni, ale mojemu misiakowi to tylko na dobre wyszlo - schudł nieco od tej ciężkiej roboty.
Nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko zobaczę.
Jestem pod wrażeniem tempa prac.
Rozpoczęcie sezonu - 11- 12 lipca. Wtedy jadę tam z dzieciakami.
Ekipa - w postaci Maćka i Mirka (naszego znajomego, który będzie nam pomagał w remoncie domu) - była na Mazurach 5 dni. Dojechała do nich Marta -żona Mirka z dzieciakami.
Oto co zrobili:
- podłączyli wodę, choć na razie zimną, bo terma cieknie i trzeba ją naprawić.
- zamontowali 1 kibelek (nie trzeba juź chodzić w krzaki).
- uruchomili prysznic. Wszystko na razie z zimną wodą.
- uruchomili 4 palnikową kuchnię na gaz - obiady są jak w Sheratonie - jajecznica podobno smakuje wybornie.
- podparli schody, wzmocnili ich konstrukcję, bo była niestbilna.
- założyli podłogę w holu na dole, czyli tam gdzie będziemy urzędować w lecie i założzli podłogę w dwóch pokojach.
- skosili trawę, wycięli część drzew.
- załatwili podłączenie prądu.
Wrócili zmachani, zmęczeni, ale mojemu misiakowi to tylko na dobre wyszlo - schudł nieco od tej ciężkiej roboty.
Nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko zobaczę.
Jestem pod wrażeniem tempa prac.
Rozpoczęcie sezonu - 11- 12 lipca. Wtedy jadę tam z dzieciakami.
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Pierwsze porządki
Pojechali - Maciek i Mirek. Wzięli kosz z jedzeniem, wsiedli w samochód i ruszyli w drogę na Mazury. Matki z dziećmi nie zostały dopuszczone do tej atrakcji - zostały w domu.
Przyszło mi więc relacjonować tylko co zrobili:
- opracowali ogólną koncepecję remontu i tego gdzie będzie jaki pokój. Mam się tą koncepcją nie przejmować, bo zmieni się jeszcze tysiąc razy.
- wyburzuli ściankę w pokoju na górze (moim ulubionym). Oto efekt - na górze.
- łazili po całym domu, wdychając jego piękno, spali w sali pingpongowej na materacach, planowali przyszłość i nieźle się przy tym bawili.
Po powrocie musiałam tysiąc razy wysłuchać: "A Mirek powiedział, że to a to trzeba będzie zrobić tak a tak". Czułam się jak Piotr Fronczewski w serialu "Tata, a Marcin powiedział" :)
Tęskniąc za wakacjami w naszym nowym domu, mogę na razie na niego jedno papatrzeć.
czwartek, 7 maja 2009
WTOREK
6.00
Jestem w pracy. Aż dziw bierze, ze za kilka godzin zamiast siedzieć przed komputerem - będę szorować ściany w naszym nowym domu. W NASZYM NOWYM DOMU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
12.00
Wyjeżdżamy sprzed radia. Picie jest. Jedzenie - mało. Dziewczyny - na razie w dobrym humorze. Jedzie z nami Dziadek.
15.00
Obiad na stacji BP w Łomży. Tuśka lata po restauracji, Nika za nią w podskokach. Dobrze, że nas tu znają i lubią dzieci.
Po wyjściu można zgadywać co zjedliśmy - pod krzesełkiem Tuśki pełno frytek i ryby.
17.00
Dojeżdżamy na miejsce. Na razie dopiero do gospodarzy, u których będziemy spać - do Jeziorowskich. Domek ok - ważne, że jest łazienka i kawałek kuchni do przygotowania śniadania. Tuśka patrzy zdziwiona - gdzie ja jestem? Aha, są schody - dawaj na górę.
19.00
Jedziemy do Tomka - naszego miłego sąsiada z Sołtman. Najazd Hunów to przy wizycie naszej rodzinki nic. Zjedliśmy jajecznicę (na szczęście jajka przywieźliśmy), wypiliśmy herbatę (to już wzięliśmy od niego), dziewczyny rozwaliły kupę piachu, która była na środku podwórza, przepłoszyliśmy kota, wymęczyliśmy psa. Zapraszał nas ponownie, więc chyba nas lubi!
22.00
Faceci kupili piwo, ale żadnego wieczorku zapoznawczego nie było,. Wszyscy padli do łóżek.
ŚRODA
6.00
Tuśka robi pobudkę. Tyle do przeżycia, że szkoda spać.
9.00
Po śniadaniu jedziemy do Żywego.
Serce mi wali, sentymentalna dusza, nie ma co.
Dom stoi, uffffffffffffffffffff
Tylko boczne drzwi wyważone, trzeba będzie jakoś to zabezpieczyć.
Każdy rusza do pracy - ja do sprzątania i ogrodowania, Panowie - do prądu i wody.
"Ogony" za mną - Nika i Tusia nie dają za wygraną, też będą "pomagać".
Nika zamiata schody przy wejściu głównym, ja usiłuję wyrwać pokrzywy, które zarosły bramę.
Nie wiedziałam, że w jednym miejscu można zgromadzić tyle butelek, kapsli i papierków po lodach. Klub kulturalny tu mieliśmy przez te wszystkie lata?
Posadzone malwy, peonie. Aksamitki czekają, nie mam jak wbić łopaty -ziemia twarda jak skała. Ciężko będzie to założyć ogród.
10.00
Nika odłączyła się od ekipy ogrodniczej, poszła buszować z Facetami po piwnicy. Tuśka ma dość - lecę odgrzać zupę. Ryba z warzywami - mniam mniam.
Obiadek je w ekskluzywnych warunkach - na stole ping pongowym. Lokalne młode talenty grają w sali świetlicowej w ping ponga, mają klucze od tego najbardziej zadbanego pomieszczenia w naszym domu.
Dezynfekuję stół, zamiatam podłogę, na parapecie ustawiam epigaza, grzeję zupę.
Wcina wszystko.
Wywalam z sali gazetki - po których można domniemywać, ze mieścił się tu lokalny porno klub. Gołe panie pokazujące swe wdzięki, kalendarze play boya. Brak opakowań po prezerwatywach świadczy o tym, że pewnie antykoncepcją nikt się tu nie przejmuje.
11.00
Sadzę aksamitki. Wynorowałam dołek pod ścianą południową domu. Te moje małe kilkucentymetrowe sadzonki na tle wielkiego stuletniego domu wyglądają rozbrajająco - Maciek patrzy na nie z czułością.
Wodę noszę z jeziora w wiadrze i konewce. Za każdym razem Tuśka woła:BIBA!!! (to znaczy: woda) Z uśmiechem na pysku leci do wody, ale wredna mama nie pozwala się taplać w jeziorze. To poczeka do lata.
12.00
Nika poszła z Dziadkiem na ryby.
Złowili 21 okoni. Wszystkie były za małe, by je zjeść, więc dali rybkom buzi w pyszczek i wrzucili z powrotem do wody. Ku rozpaczy Tuśki. Taka okazja- żywa ryba!
Nie rozumiem, czemu ryby trzeba łapać i wypuszczać, ale pewnie myśliwych też nigdy nie zrozumiem.
Po połowach Dziadek wyrokuje: RYBY SĄ! Tu - okonie, niżej - szczupaki.
To chyba dobrze dla naszych przyszłych wędkarzy?
12.30
Tuśka odmawia współpracy. Przewracające się i drące dziecko postanawiam uśpić. Nie ma jednak gdzie. W "świetlicy" siedzi Dziadek z Niką, która robi sobie kanapki. Tuśka wrzeszczy na jej widok: MNIAM MNIAM.
Samochodu nie ma, bo Maciek pojechał do Kruklanek po "Pana od wycinki drzew". Zostają mi pobliskie krzaczory na skarpie przed domem. Siadam, zaczynam karmić Tuśkę. Gdy biedne dziecię mi już odlatuje, zjawia się "Pan od wycinki drzew", wraz z pomocnikiem. "AAAAAAAAA, ten jesion wycinamy" - mówi z uśmiechem, nakrywając mnie na karmieniu i znacząc sprayem drzewo. Ciekawe, co sobie pomyślał? Może: "te warszawiaki to takie ekologiczne, że nawet karmią dzieci w krzakach".
13.00
Tuśka odpada, moszcze ją w wózku i zabieram Nikę na spacer. Dziadek nie chce iść, choć wczoraj chciał zwiedzić wieś. Zmienność dziadków!
Nika wysiada po 10 minutach - zmęczona i bolą ja nogi". Odpuszczam, odprowadzam ją do domu, niech dalej penetruje strychy.
Biorę Tuśkę w wózku, aparat i idę obfocić okolicę. Padał deszcz, wszędzie czuć zapach wiosennej trawy.
U sąsiadki jeszcze choinka nierozebrana. Więc to pewnie domek miastowych, którzy tu rzadko przyjeżdżają. Po drodze mija mnie szkolny gimbus, który prowadzi nasz sąsiad. Bardzo miły pan. Ma błysk w oku.
Mijam domek kolejnych sąsiadów.
Szaleństwo barw: różowa chałupa, świeżo bielona. W ogródku jabłonka kwitnie na różowo, a w dole świeża, zielona trawka aż kłóci się z żółtymi kolorami mleczu.
Biały ganeczek - za szybką sztuczne kwiaty i......................o dziwo - wielki słój pysznej wiejskiej śmietany.
Informacja, skąd będziemy brać śmietankę - bezcenna. Oblizuję się i idę dalej.
Dookoła skarpy, wzniesienia, zakręty drogi. W końcu to Mazury Garbate!
Na wierzbie jemioła.
Na łące mlecze.
Jest pomost. Ostrożnie go atakuję. WIEJE!!!! Dobre warunki na żagle.
15.00
Wracam do rozkoszując się tymi widokami. Chłonę zapach trawy, jeziora, ziemi. Muszę je wszystkie zapamiętać do następnej wyprawy do naszego nowego domu.
20.00
Wracamy do Pruszkowa. Dziewczyny śpią. Nareszcie.
Samochód kołysze się łagodnie po drodze, za oknem pada deszcz, mi się marzą pierogi z jagodami. Koniecznie polane pyszną wiejską śmietaną!
6.00
Jestem w pracy. Aż dziw bierze, ze za kilka godzin zamiast siedzieć przed komputerem - będę szorować ściany w naszym nowym domu. W NASZYM NOWYM DOMU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
12.00
Wyjeżdżamy sprzed radia. Picie jest. Jedzenie - mało. Dziewczyny - na razie w dobrym humorze. Jedzie z nami Dziadek.
15.00
Obiad na stacji BP w Łomży. Tuśka lata po restauracji, Nika za nią w podskokach. Dobrze, że nas tu znają i lubią dzieci.
Po wyjściu można zgadywać co zjedliśmy - pod krzesełkiem Tuśki pełno frytek i ryby.
17.00
Dojeżdżamy na miejsce. Na razie dopiero do gospodarzy, u których będziemy spać - do Jeziorowskich. Domek ok - ważne, że jest łazienka i kawałek kuchni do przygotowania śniadania. Tuśka patrzy zdziwiona - gdzie ja jestem? Aha, są schody - dawaj na górę.
19.00
Jedziemy do Tomka - naszego miłego sąsiada z Sołtman. Najazd Hunów to przy wizycie naszej rodzinki nic. Zjedliśmy jajecznicę (na szczęście jajka przywieźliśmy), wypiliśmy herbatę (to już wzięliśmy od niego), dziewczyny rozwaliły kupę piachu, która była na środku podwórza, przepłoszyliśmy kota, wymęczyliśmy psa. Zapraszał nas ponownie, więc chyba nas lubi!
22.00
Faceci kupili piwo, ale żadnego wieczorku zapoznawczego nie było,. Wszyscy padli do łóżek.
ŚRODA
6.00
Tuśka robi pobudkę. Tyle do przeżycia, że szkoda spać.
9.00
Po śniadaniu jedziemy do Żywego.
Serce mi wali, sentymentalna dusza, nie ma co.
Dom stoi, uffffffffffffffffffff
Tylko boczne drzwi wyważone, trzeba będzie jakoś to zabezpieczyć.
Każdy rusza do pracy - ja do sprzątania i ogrodowania, Panowie - do prądu i wody.
"Ogony" za mną - Nika i Tusia nie dają za wygraną, też będą "pomagać".
Nika zamiata schody przy wejściu głównym, ja usiłuję wyrwać pokrzywy, które zarosły bramę.
Nie wiedziałam, że w jednym miejscu można zgromadzić tyle butelek, kapsli i papierków po lodach. Klub kulturalny tu mieliśmy przez te wszystkie lata?
Posadzone malwy, peonie. Aksamitki czekają, nie mam jak wbić łopaty -ziemia twarda jak skała. Ciężko będzie to założyć ogród.
10.00
Nika odłączyła się od ekipy ogrodniczej, poszła buszować z Facetami po piwnicy. Tuśka ma dość - lecę odgrzać zupę. Ryba z warzywami - mniam mniam.
Obiadek je w ekskluzywnych warunkach - na stole ping pongowym. Lokalne młode talenty grają w sali świetlicowej w ping ponga, mają klucze od tego najbardziej zadbanego pomieszczenia w naszym domu.
Dezynfekuję stół, zamiatam podłogę, na parapecie ustawiam epigaza, grzeję zupę.
Wcina wszystko.
Wywalam z sali gazetki - po których można domniemywać, ze mieścił się tu lokalny porno klub. Gołe panie pokazujące swe wdzięki, kalendarze play boya. Brak opakowań po prezerwatywach świadczy o tym, że pewnie antykoncepcją nikt się tu nie przejmuje.
11.00
Sadzę aksamitki. Wynorowałam dołek pod ścianą południową domu. Te moje małe kilkucentymetrowe sadzonki na tle wielkiego stuletniego domu wyglądają rozbrajająco - Maciek patrzy na nie z czułością.
Wodę noszę z jeziora w wiadrze i konewce. Za każdym razem Tuśka woła:BIBA!!! (to znaczy: woda) Z uśmiechem na pysku leci do wody, ale wredna mama nie pozwala się taplać w jeziorze. To poczeka do lata.
12.00
Nika poszła z Dziadkiem na ryby.
Złowili 21 okoni. Wszystkie były za małe, by je zjeść, więc dali rybkom buzi w pyszczek i wrzucili z powrotem do wody. Ku rozpaczy Tuśki. Taka okazja- żywa ryba!
Nie rozumiem, czemu ryby trzeba łapać i wypuszczać, ale pewnie myśliwych też nigdy nie zrozumiem.
Po połowach Dziadek wyrokuje: RYBY SĄ! Tu - okonie, niżej - szczupaki.
To chyba dobrze dla naszych przyszłych wędkarzy?
12.30
Tuśka odmawia współpracy. Przewracające się i drące dziecko postanawiam uśpić. Nie ma jednak gdzie. W "świetlicy" siedzi Dziadek z Niką, która robi sobie kanapki. Tuśka wrzeszczy na jej widok: MNIAM MNIAM.
Samochodu nie ma, bo Maciek pojechał do Kruklanek po "Pana od wycinki drzew". Zostają mi pobliskie krzaczory na skarpie przed domem. Siadam, zaczynam karmić Tuśkę. Gdy biedne dziecię mi już odlatuje, zjawia się "Pan od wycinki drzew", wraz z pomocnikiem. "AAAAAAAAA, ten jesion wycinamy" - mówi z uśmiechem, nakrywając mnie na karmieniu i znacząc sprayem drzewo. Ciekawe, co sobie pomyślał? Może: "te warszawiaki to takie ekologiczne, że nawet karmią dzieci w krzakach".
13.00
Tuśka odpada, moszcze ją w wózku i zabieram Nikę na spacer. Dziadek nie chce iść, choć wczoraj chciał zwiedzić wieś. Zmienność dziadków!
Nika wysiada po 10 minutach - zmęczona i bolą ja nogi". Odpuszczam, odprowadzam ją do domu, niech dalej penetruje strychy.
Biorę Tuśkę w wózku, aparat i idę obfocić okolicę. Padał deszcz, wszędzie czuć zapach wiosennej trawy.
U sąsiadki jeszcze choinka nierozebrana. Więc to pewnie domek miastowych, którzy tu rzadko przyjeżdżają. Po drodze mija mnie szkolny gimbus, który prowadzi nasz sąsiad. Bardzo miły pan. Ma błysk w oku.
Mijam domek kolejnych sąsiadów.
Szaleństwo barw: różowa chałupa, świeżo bielona. W ogródku jabłonka kwitnie na różowo, a w dole świeża, zielona trawka aż kłóci się z żółtymi kolorami mleczu.
Biały ganeczek - za szybką sztuczne kwiaty i......................o dziwo - wielki słój pysznej wiejskiej śmietany.
Informacja, skąd będziemy brać śmietankę - bezcenna. Oblizuję się i idę dalej.
Dookoła skarpy, wzniesienia, zakręty drogi. W końcu to Mazury Garbate!
Na wierzbie jemioła.
Na łące mlecze.
Jest pomost. Ostrożnie go atakuję. WIEJE!!!! Dobre warunki na żagle.
15.00
Wracam do rozkoszując się tymi widokami. Chłonę zapach trawy, jeziora, ziemi. Muszę je wszystkie zapamiętać do następnej wyprawy do naszego nowego domu.
20.00
Wracamy do Pruszkowa. Dziewczyny śpią. Nareszcie.
Samochód kołysze się łagodnie po drodze, za oknem pada deszcz, mi się marzą pierogi z jagodami. Koniecznie polane pyszną wiejską śmietaną!
sobota, 2 maja 2009
Wszyscy święcą pierwszy maja
No to ruszamy z blogowaniem. Trzeba iść z duchem czasu, pokazać światu jak piękne mamy dziewczyny!!!
Mama - pierwszego maja w pracy do północy.
Tata - pierwszego maja na dyżurze z Tusią (ciężko było, ale sobie poradził!).
Nika - pierwszego maja baluje u dziadków nad Zalewem Zegrzyńskim, mając rodziców w nosie:)
Tusia - jak zwykle niezwykle zajęta - w odwiedzinach u siostry, na rękach u Mamy i w objęciach Taty.
Mama - pierwszego maja w pracy do północy.
Tata - pierwszego maja na dyżurze z Tusią (ciężko było, ale sobie poradził!).
Nika - pierwszego maja baluje u dziadków nad Zalewem Zegrzyńskim, mając rodziców w nosie:)
Tusia - jak zwykle niezwykle zajęta - w odwiedzinach u siostry, na rękach u Mamy i w objęciach Taty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)