4 - 5 lipca, wyjazd mocno pracujący.
Noc Kupały - miały być ukraińskie śpiewy, puszczanie wianków i mnóstwo regionalności. Był: wstęp płatny - 5 zł, świszczące kule, świecące miecze i kolorowe peruki. Może za rok będzie lepiej.
Na ten wyjazd załapało się dużo ludzi: oprócz nas i Mirka z chłopcami byli też: Jurek z Elą. Jurek jest specem od drewna i wykończenia. Fajnie będzie z nim współpracować przy remoncie.
Sama na własne oczy zobaczyłam, jak wygląda praca w naszym nowym domu - człowiek kręci się cały dzień, coś przenosi, coś myje, coś burzy, a efekty - mało widoczne. Chociaż nie - muszę być sprawiedliwa, na tym wyjeździe na moich oczach prace posuwały się naprzód:
1. Chłopcy podłączyli ciepłą wodę. W łazience wyszorowałam prysznic, a wieczorem wszyscy umyli się pod gorącą wodą. Luksus jakich mało!
2. Ciepła woda jeż też w "kuchni". Pisze: "kuchnia", bo zasadnoczo jest to pomieszczenie ze zlewem, w którym będzie się tyko zmywać. Główna kuchnia będzie po drugiej stronie korytarza.
3. W tej kuchni Maciek i Mirek podłączyli kuchenkę gazową, poustawiali szafki, wymyli je, oddeskowali okna i umyli je. Jest cud i miód. Nie mogę się doczekać widoku z okna - wprost na jezioro!
4. Powycinaliśmy trochę krzajów, Jurek spalił część, więc na dole jest wiecej miejsca.
5. Maciek rozłożył łózko Dominiki w naszym pokoju, wstawiliśmy tam też szafę i tapczan, na którym spałam ja z Tuśką.
6. W sali "zabawowej" stanął duży owalny stół, przy którym panowie wieczorami pili piwo.
Roboty dużo, nie do przerobienia. Dom wielki, trzeba się szukać komórkami, jeśli jedna osoba jest na dole, a gruga np. nad jeziorem.
Dzieci bawiły się w sklep. Na ganku od strony drogi wywiesiły cennik i nazwę: SKLEP. Poustawiały w pudełkach ziemniaki, jabłka, cebulę oraz arrtykuły przemysłowe (zmywaki, gąbki). Na zmianę każde z nich było klientem lub sprzedającym. Później poszły na obiad, sklep zostawiły, a na skutki naszej akcji nie trzeba było długo czekać.
Mieszkanka wsi (nieznana mi z imienia i anzwiska) podreptała przez sień i salę pingpongową do pomieszczenia, w kórym kiedyś mieściło się zaplecze sklepu i wreczając mi 10 zł zapytała: Pani, co tu można kupić?
Biznes sam wchodzi w recę! Dzieciakom szczęki opadły na ten widok - ktoś naprawdę przyszedł do ich sklepu!. Biznes nei doszedł do skutku, bo, jak przypuszcza Maciek - pani chodziło raczej o procenty niż o makaron.
Ale to nie koniec zysków - dziś w naszym nowym domu zjawili się złomiarze. Odebrali starocia za całe 20 zł. Pierwszy zysk!
Wróciałam zmęczona jak mało kiedy, przed oczami ciągle miałam ten kurz, bałagan i.................piękne "nasze" jeziorko w tle.
W nocy śnio mi się jak urządzam pokój, dziewczynki też się rzucały - widać śnio im się weekend na Mazurach: ognisko, woda, bociany.
wtorek, 7 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz